Było ciepłe wiosenne popołudnie. Las kołysał się i szumiał cicho pod delikatnymi powiewami wiatru. W gałęziach drzew wesoło świergotały ptaki… Na oświetlonej promieniami słońca niewielkiej polanie stała wysoka dziewczyna w długiej fioletowej sukni, migoczącej w jasnym słonecznym świetle. Czarne jak noc falujące włosy opadały miękko niemal do kolan, a również czarne, duże oczy zdawały się zamyślone i nieobecne. Piękne karminowe usta lekko się uśmiechały, gdy patrzyła na otaczający ją spokojny las i słyszała w oddali szum strumieni, połączony z melodyjnym śpiewem ptaków. Rozmarzyła się. Przez wiele lat codziennie przychodziła do tego zakątka i niezależnie od tego jak zmieniał się świat, to miejsce pozostawało wciąż takie samo, pełne ciszy i wspomnień… Cudownie było tu spacerować rozmyślając lub po prostu wsłuchując się w tę ciszę…Nagle usłyszała coś jakby szelest liści i lekki trzask łamanych gałęzi. Tinuviel! zawołał jakiś głos, jak ongiś Beren wołał piękną Luthien. Odwróciła się. To był on. Śmiertelnik. Znów tu przyszedł. Przychodził tu już od dłuższego czasu i goniąc za nią, gdy uciekała, prosił by zaczekała na niego, by powiedziała choć słowo… ale ona zawsze mu się wymykała, gubiąc go w lesie, który znała o wiele lepiej. Lecz nie dawał za wygraną. Tinuviel! – powtórzył – Nie odchodź! Spojrzała mu w oczy, jakby pytała Czego ode mnie chcesz? , lecz nie powiedziała ani słowa. Odwróciła się i zaczęła biec, szybko i zwinnie jak sarna. Długo jeszcze słyszała jego głos, oddalający się coraz bardziej, aż w końcu ucichł zupełnie i znów nastała cisza…
***
Słońce powoli zachodziło, a jego promienie odbijały się i migotały w spokojnym morzu. Ostatni statek odpływał właśnie z Szarej Przystani. Na pokładzie stało kilka osób, wśród nich była ona. Jej czarne włosy i błękitną jak niebo suknię rozwiewała morska bryza. Była zamyślona i rozmarzona, rozmyślała o świecie z którym musiała się rozstać i o tym, do którego dążyła, o którym marzyła przez całe życie… Patrzyła smutno na oddalający się brzeg i stojące na nim trzy małe postacie. Nagle ujrzała kogoś innego, wysoką postać wyłaniającą się spoza drzew. Serce mocno jej zabiło. To był on! Jakim sposobem dotarł za nią aż tutaj? Widziała jego oczy, szare i smutne, patrzące na nią wymownie. Nie mogła oprzeć się temu spojrzeniu. Przez chwilę wahała się jeszcze, ale nie trwało to długo. Rzuciła się do wody i zaczęła płynąć w kierunku wybrzeża. Lauriel! – zawołał ktoś ze statku, lecz ona nie zważała na nic. Dalej uparcie płynęła do brzegu. Lecz po chwili fale zaczęły znosić ją na otwarte morze. On przez chwilę przyglądał się jej poczynaniom z bijącym sercem, ale gdy zobaczył, że sobie nie radzi, skoczył do wody by ją ratować. Ona nie może utonąć! – myślał, z rozpaczliwą szybkością rozgarniając wodę. Jeszcze tylko parę metrów.. już… już jest przy niej… Objął ją w pasie i zaczął płynąć w kierunku brzegu. Po kilku minutach siedzieli oboje na piasku, patrząc sobie w oczy. ALauriel uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Hannon Ie ( Dziękuję ) – powiedziała ledwo dosłyszalnym szeptem. Nagle uświadomiła sobie, że go kocha. Wiedziała, że już nigdy nie zobaczy Nieśmiertelnych Krain… lecz to był jej wybór. Była szczęśliwa… i będzie z nim zawsze szczęśliwa, dopóki śmierć jej go nie zabierze… Wówczas ona, pogrążona w smutku, również umrze i już na zawsze będą razem…

To jedno z moich pierwszych opowiadań (i najkrótsze). Liczę na wasze opinie, komentujcie, żebym wiedziała że odwiedzacie tego bloga…