Stałam na dużym kamieniu nad brzegiem morza i patrzyłam na wschodzące słońce. Owiewał mnie ledwo wyczuwalny chłodny wietrzyk, szmaragdowa woda marszczyła się małymi falami. Mimo tak pięknego poranka wcale nie czułam się szczęśliwa, wręcz przeciwnie, czułam żal do całego świata. Odpłynęli beze mnie, moja rodzina. Tak po prostu zniknęli… O co ja jestem zła, przecież mogłam się tego spodziewać, w końcu to tylko moja przybrana rodzina. Widocznie uznali, że nic ich ze mną nie łączy. Nic, oprócz piętnastu lat spędzonych razem, w małym domku niedaleko morza. Ale co to jest dla nich, dla elfów, piętnaście lat? Oni są nieśmiertelni. A ja nie. Kim ja w ogóle jestem? Elfem, półelfem… czy jeszcze czymś innym…? Przeklęty mieszaniec. Zagotowało się we mnie ze złości. Tak odejść bez pożegnania! Dlaczego tak się do nich przywiązałam? Z całej siły tupnęłam nogą, ale to nie zmniejszyło mojej wściekłości. Szum morza, ciche naśmiewanie się ze mnie, z mojej naiwności i głupoty. Tak na nich liczyłaś… I widzisz? Przeliczyłaś się. Nigdy nikomu nie ufaj, nigdy nikogo nie kochaj, Arieno… Zdradzili cię, odeszli bez słowa pożegnania… widzisz? Nic dla nich nie znaczyłaś…
-Cicho! – opowiedział mi tylko szum, jak drwiący śmiech. Nie mogłam tego znieść. Wskoczyłam do morza, zanurzyłam się w zimnej wodzie. Chciałam utopić w tych falach moje rozczarowanie i złość, złość na wszystko wokół, a w szczególności na samą siebie. Wyszłam z wody, suknia oblepiła mi się wokół ciała, mokre włosy zwisały smutno. Złocisty piasek szeleścił pod moimi stopami. Odwróciłam się w stronę słońca, które zdążyło już wzejść, i spojrzałam na morze. Poczułam się, jakbym patrzyła w swoje własne oczy, pozoru spokojne, ale zawsze gotowe rozpętać burzę. Nie chciałam w nie patrzeć, tyle było tam smutku i bezsilnego gniewu. Przymknęłam tylko oczy i pozwoliłam się osuszyć ciepłym promieniom słońca. Gdzie w ogóle są moi prawdziwi rodzice? Bo nie miałam wątpliwości co do tego, że żyją. Żyją gdzieś w świecie, nie wiedzą nic o mnie, a ja nie wiem o nich. Może też zaczyna im mnie brakować? Nie miałam po nich nic, oprócz kilku mglistych wspomnień, które z czasem coraz bardziej się zacierały. Wiedziałam też od dawna, że miałam kogoś jeszcze, osobę bardzo mi bliską… o której także nic nie wiedziałam. Często jednak czułam jej obecność, w chwilach samotności słyszałam szept: Nie martw się, Arieno. Zawsze jestem z tobą. Kiedyś się spotkamy… Przypomniałam sobie sen. Zamglona postać szła w moim kierunku i wyciągała do mnie rękę. Kiedyś się spotkamy, mówiła. Zawsze jednak budziłam się, zanim zdążyłam choć dotknąć jej dłoni. Zrywałam się z łóżka, zrozpaczona, ze łzami w oczach. Tak bardzo pragnęłam wiedzieć, kim ona jest. Czułam, że jej potrzebuję, potrzebujemy się nawzajem.
Miarowy, jednostajny szum morza, krzyki mew, ciepło słońca… to wszystko usypiało moją świadomość, zamyśliłam się.
***
Musiało być już południe, bo słońce grzało mocno, byłam już prawie całkiem sucha. Nagle ocknęłam się, poczułam coś mokrego na policzku. Łza?… Płaczesz?, wyśmiewały się mewy, Ty płaczesz? Elfka Ariena, odrzucona przez świat?…
-Nie jestem elfką! Nienawidzę elfów. Pozwolili mi się pokochać, pozwolili przywiązać się do siebie… A potem odeszli! – krzyczałam przez łzy – Zostawili mnie samą, nienawidzę ich! – głos mi się załamał. Wybuchnęłam głośnym przerywanym szlochem, dopiero po dłuższej chwili zauważyłam, że leżę w mokrym piasku. Chciałam, żeby morze zabrało mnie na zawsze, chciałam zamknąć się w wielkiej muszli i opaść powoli na dno, nigdy już nie zobaczyć świata. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Ale to nie było możliwe… Zamknęłam oczy.
***
Gdy się obudziłam, słońce zachodziło już, czułam, jak grzało mi w plecy. Morze szumiało cichutko, widziałam drobne fale dopływające niemal do mojej twarzy. Przypomniałam sobie dzisiejszy poranek, fala bólu odbiła się od falochronu i pochłonęła mnie z nową siłą. Nie mogłam się przeciwstawić, czułam się taka mała i bezbronna. Przymknęłam oczy, próbowałam wyobrazić sobie, że jestem kimś innym… kimś szczęśliwym.
Moje rozmyślania przerwał cichutki szelest piasku, ktoś szedł lekko plażą, zbliżał się w moją stronę. Nie odwróciłam się, nie poruszyłam się nawet, wpatrywałam się dalej w jakiś odległy punkt na horyzoncie. Drobna, delikatna ręka spoczęła na moim ramieniu.
-Arieno… – skąd ja znałam ten szept? Podniosłam się gwałtownie, usiadłam na piasku i…
Ponownie przetarłam oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyłam. Przez chwilę wydawało mi się, że patrzę na własne odbicie w lustrze. Ale nie, to była prawdziwa osoba. Oczy jak morze, identyczne jak moje. Rysy twarzy też takie same. Burza ciemnych potarganych loków, trochę krótszych od moich. Uśmiechnęła się łagodnie. Spojrzałyśmy sobie w oczy i w jednej chwili uścisnęłyśmy się mocno.
-Diana – nie zastanawiałam się, skąd znam jej imię. Ale znałam je. Wiedziałam już, że to była ona.
-Mówiłam ci przecież, że się spotkamy, Arieno. Zawsze jestem z tobą…

Wiem, opowiadanie trochę dziwne i chaotyczne… Ale innych pisać nie umiem, musiecie się tym zadowolić:) Czytajcie, no i oczywiście krytykujcie. I zdrówka mi życzcie bo chora jestem…