Mam przed oczami ten obraz… tak wyraźnie, jakbym naprawdę go widziała, jakby naprawdę istniał. Ale przecież istnieje. W moich marzeniach…
Siedzę sobie w lesie, nad stawem… ale to nie jest zwyczajny las, to miejsce, w którym można zobaczyć swoje marzenia. Można je zobaczyć z bliska, prawie dotknąć… Gdzieś w oddali słychać pieśń ptaków, tak piękny, że można nazwać go czystą muzyką, bez jednej fałszywej nuty… może to czyjeś marzenie tak śpiewa? Drzewa kołyszą się i szumią cichutko, cichuteńko, co brzmi jak rozmowy z zaświatów… Patrze na obłoczki przesuwające się powoli po błękitnym niebie, tak idealnie błękitnym, że nie może być prawdziwe. Tam, pod samymi chmurami, szybują na ptasich skrzyłach moje marzenia, widoczne, lecz nieosiągalne. Zniżają się powoli nad las, widzę je coraz wyraźniej, wielkie pragnienia i te małe zachcianki, wszystkie wirują w powietrzu nad moją głową. Przedzierają się przez korony drzew… jedno usiadło na niskiej gałęzi, zaledwie kilka krokow ode mnie. Może zdążę je choć dotknąć?… Podbiegam do drzewa, lecz ono już zniknęło, jakby rozpłynęło się w powietrzu. To na nic, szepcze drzewo szlestem tysięcy liści, na nic tak gonitwa za marzeniami… Nigdy ich nie dogonisz, nie złapiesz ich, śpiewa ptak ukryty gdzieś w zieleni, zawsze będą daleko, wysoko nad tobą… Jedne umrą śmiercią naturalną, inne zostaną na zawsze, z czasem wyklują się nowe… Ale nie spełnią się, bo spełnione marzenia to już nie marzenia. W tym ich urok…

Ciszę przerywa cichy szum skrzydeł. Odleciały… Na zawsze.