Kiedy dzisiaj dźwięk budzika wyrwał mnie ze stanu błoegiej nieświadomości, moją pierwszą myślą było „O, nie…”. Trudno się dziwić, skoro była 6.40 rano. Jakby tego było mało, czekał mnie jeszcze egzamin FCE. To chyba wystarczający powód, żeby nie być optymistycznie nastawionym do życia, prawda? Zwlokłam się wreszcie z łóżka o siodmej, zmęczona, zestresowana i lekko wkurzona… nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem. Czyli ogólnie w nienajlepszym nastroju. Teraz jednak, po egazminie, czuję się zdecydowanie lepiej, w końcu odwaliłam już swoją robotę. Średnia 5.06, FCE zdany (z jakim rezultatem, to się okaże, nie wątpię jednak, że zdałam). Teraz można już leżeć do góry brzuchem, bo ten tydzień w szkole to dla pozoru, lekcji i tak nie będzie. Bosko. Nic tylko skakać i tańczyć z radości. Wszystkim, których lubię, życzę tego samego. A tym, do których raczej nie żywię sympatii, czegoś wręcz przeciwnego. Ach ta dzisiejsza młodzież… tak cholernie wredna… Ale cóż, taka już moja natura. Nie zbieram łez, rozrzuconych przez ludzi na chodniku. Za to często te łzy depczę…