elven-world blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Myślałam ostatnio, czym jest dla nas, dla ludzi, upływ czasu… Jest odwieczną zagadką. Jest tym, który leczy rany duszy, zadaje ból, jest wiatrem, który zasypuje piaskiem wspomnienia… Przynosi radość, smutek i cierpienie, śmiech i łzy. Jest tym, który śpiewa nam kołysankę do wiecznego snu, a potem zabija i pochowuje w grobie ludzkiej niepamięci. Płynie szybko jak nurt rzeki, porywa nas w ten prąd, czasem wbrew woli, bo chcielibyśmy zatrzymać niektóre chwile, tak bardzo pragniemy by trwały wiecznie… A nurt czasu nieubłaganie niesie nas do morza… Dlaczego? Dlaczego nie możemy się cofnąć, zatrzymać choć na chwilę?…

Czas to upływające chwile, ziarenka pisaku przesypujące się w klepsydrze. Czas to momenty i zdarzenia, którymi tak chętnie próbujemy go mierzyć. Czas nie ma początku ani końca.

W każdym momencie, w każdej chwili, w każdym zdarzeniu kryją się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W każdej chwili kryje się wieczność. Każde odejście jest zarazem powrotem, każde pożegnanie powitaniem, każdy powrót rozstaniem. Wszystko jest jednocześnie początkiem i końcem.
/Andrzej Sapkowski, Pani Jeziora/

Te cytaty bardzo mi się spodobały, w pewien sposób do mnie „trafiły”. Czas nie ma początku, nie ma też końca. On jest wieczny, trwa, ciągle trwa.
W każdej chwili kryje się wieczność… To tak jak z przeznaczeniem, każda chwila, każde zdarzenie jest skutkiem przeszłości i ma wpływ na przyszłość… Zawsze coś się kończy i jednocześnie coś się zaczyna. Zawsze…

I jeszcze jeden cytat, też z Sapkowskiego, który zapamiętałam: Wieczność to archipelag chwil. Jest w tym tyle prawdy… Wieczność, czas nie składa się z długich godzin, dni i lat, ale z chwil, tych smutnych i radosnych, tych, które zapamiętujemy na całe życie, które zapisujemy na duszy i przechowujemy w sercu.

Mam przed oczami ten obraz… tak wyraźnie, jakbym naprawdę go widziała, jakby naprawdę istniał. Ale przecież istnieje. W moich marzeniach…
Siedzę sobie w lesie, nad stawem… ale to nie jest zwyczajny las, to miejsce, w którym można zobaczyć swoje marzenia. Można je zobaczyć z bliska, prawie dotknąć… Gdzieś w oddali słychać pieśń ptaków, tak piękny, że można nazwać go czystą muzyką, bez jednej fałszywej nuty… może to czyjeś marzenie tak śpiewa? Drzewa kołyszą się i szumią cichutko, cichuteńko, co brzmi jak rozmowy z zaświatów… Patrze na obłoczki przesuwające się powoli po błękitnym niebie, tak idealnie błękitnym, że nie może być prawdziwe. Tam, pod samymi chmurami, szybują na ptasich skrzyłach moje marzenia, widoczne, lecz nieosiągalne. Zniżają się powoli nad las, widzę je coraz wyraźniej, wielkie pragnienia i te małe zachcianki, wszystkie wirują w powietrzu nad moją głową. Przedzierają się przez korony drzew… jedno usiadło na niskiej gałęzi, zaledwie kilka krokow ode mnie. Może zdążę je choć dotknąć?… Podbiegam do drzewa, lecz ono już zniknęło, jakby rozpłynęło się w powietrzu. To na nic, szepcze drzewo szlestem tysięcy liści, na nic tak gonitwa za marzeniami… Nigdy ich nie dogonisz, nie złapiesz ich, śpiewa ptak ukryty gdzieś w zieleni, zawsze będą daleko, wysoko nad tobą… Jedne umrą śmiercią naturalną, inne zostaną na zawsze, z czasem wyklują się nowe… Ale nie spełnią się, bo spełnione marzenia to już nie marzenia. W tym ich urok…

Ciszę przerywa cichy szum skrzydeł. Odleciały… Na zawsze.

Życie to cud. (Szczególnie jak się odrabia lekcje do 12 w nocy…) Nie uważacie?
*Ettariel przyszła, żeby się pokazać, żebyście nie myśleli, że Ettariel nie żyje*
Uaaaa… *ziewa*
Dobranoc.

Przychodzi
na czarnych skrzydłach nocy
niesie za sobą
lodowaty podmuch.

Usłyszysz ciche kroki
wokół ciemność
i cisza
nieznośnie dzwoniąca ci w uszach.
Poczujesz zimny dreszcz-
to znaczy, że ona jest blisko
za blisko…
Przyszła już po ciebie.

Kładzie biały palec
na twoich ustach
chłodną dłonią
zamyka puste oczy.
Dotyk zimnych warg
na twoim czole-
składa śmiertelny pocałunek.

Dobranoc…

Miękko zapadasz się w mrok.
Już nie zobaczysz wschodzącego słońca
nie obudzi cię śpiew skowronka
nie usłyszy świat twego głosu.
Ziemia nie wypije twych łez
lecz zabierze cię na zawsze
w swe ramiona.

Zasypiasz na wieki
snem bez marzeń.

Dobranoc…

To wiersz, który napisałam ostatnio… Byłam taka przygnębiona. Pasuje chyba do ogólnego nastroju…

I jeszcze jedno… Dzisiaj wyjeżdżam do Rzymu, na pogrzeb Papieża. Później mam szlaban na komputer na czas nieokreślony… znaczy się do poprawienia ocen z chemii:/
Tak więc żegnam na dłuższy czas.

„Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć…”

Jakie kruche jest ludzkie życie… Papież umarł mimo modlitw setek milionów ludzi. Co w takim razie jest w stanie zatrzymać przy życiu zwykłego szarego człowieka? Chyba tylko cud…

Ostatnio rozmyślałam, czym w ogóle jest miłość, przyjaźń… nienawiść… czym są uczucia dla nas, dla ludzi. Te moje przemyślenia zainspirowała notka na blogu Elenyi (w linkach). Autorka bloga napisała: Miłość jest jak światło Gwiazdy Wieczornej, nie jaśnieje, ani nie ciemnieje. Świeci stałym blaskiem, nawet w najgłębszej ciemności. Zastanawiałam się nad prawdziwością tych słów, chociaż nie dokońca się z nimi zgadzam. Doszłam do wniosku, że prawdziwa miłość nie jest ciągle taka sama. Ciągle wzrasta i rozwija się jak drzewo, by później zestarzeć się i zwiędnąć lub zostać ściętą, zniszczoną przez dwoje ludzi, którzy się pokłócili, którzy chcą zapomnieć, przez inne osoby, które chcą zniszczyć miłość tych dwojga. Może tak być, że uczucie to tylko pozornie uschnie, ludzie umrą a ono będzie trwało, jak dusza drzewa błąkająca się po świecie w bajkach… i w wyobraźni. Czuje się czasem miłość wokół, unoszącą się w powietrzu, ogarniającą serca i umysły. Tak samo jest z przyjaźnią, tak samo może być z nienawiścią. Uczucia rosną, dojrzewają jak rośliny, pogłębiają się z czasem jak ich korzenie. Ale, tak samo jak rośliny, muszą być pielęgnowane, musimy o nie dbać i nie możemy dopuścić, by zwiędły i umarły…

Malutki baranek ma złote różki,
pilnuje pisanek na trawce z rzeżuszki,
gdy nikt nie widzi chorągiewką buja
i beczy cichutko WESOŁEGO ALLELUJA!

Życzę wszyskim odwiedzającym tego bloga wesołego jajka, smacznej baby, mokrego dyngusa… hm, czego by tu jeszcze życzyć… np, słodziutkich kurczaczków:) .
Dzięki Waszym życzeniom zdrowia (nie tylko tym w komentarzach) wyzdrowiałam! :D Dziękuję bardzo! Zastanawiałam się czasami, po co Bóg zsyła na ludzi choroby… i doszłam do wniosku że po to, aby się cieszyli jak wyzdrowieją! ;) Bo w końcu jest czym się cieszyć. Życiem. W końcu jutro Wielkanoc, a to że już w środę trzeba iść do szkoły, na razie się nie liczy. Żyjcie dniem dzisiejszym, cieszcie się nim i nie wybiegajcie myślami zbyt daleko w przyszłość, życie wydaje się wtedy piękniejsze! To, że później bywają różne konsekwencje tej beztroski… to już nie jest takie ważne. Przynajmniej w tej chwili;)

Stałam na dużym kamieniu nad brzegiem morza i patrzyłam na wschodzące słońce. Owiewał mnie ledwo wyczuwalny chłodny wietrzyk, szmaragdowa woda marszczyła się małymi falami. Mimo tak pięknego poranka wcale nie czułam się szczęśliwa, wręcz przeciwnie, czułam żal do całego świata. Odpłynęli beze mnie, moja rodzina. Tak po prostu zniknęli… O co ja jestem zła, przecież mogłam się tego spodziewać, w końcu to tylko moja przybrana rodzina. Widocznie uznali, że nic ich ze mną nie łączy. Nic, oprócz piętnastu lat spędzonych razem, w małym domku niedaleko morza. Ale co to jest dla nich, dla elfów, piętnaście lat? Oni są nieśmiertelni. A ja nie. Kim ja w ogóle jestem? Elfem, półelfem… czy jeszcze czymś innym…? Przeklęty mieszaniec. Zagotowało się we mnie ze złości. Tak odejść bez pożegnania! Dlaczego tak się do nich przywiązałam? Z całej siły tupnęłam nogą, ale to nie zmniejszyło mojej wściekłości. Szum morza, ciche naśmiewanie się ze mnie, z mojej naiwności i głupoty. Tak na nich liczyłaś… I widzisz? Przeliczyłaś się. Nigdy nikomu nie ufaj, nigdy nikogo nie kochaj, Arieno… Zdradzili cię, odeszli bez słowa pożegnania… widzisz? Nic dla nich nie znaczyłaś…
-Cicho! – opowiedział mi tylko szum, jak drwiący śmiech. Nie mogłam tego znieść. Wskoczyłam do morza, zanurzyłam się w zimnej wodzie. Chciałam utopić w tych falach moje rozczarowanie i złość, złość na wszystko wokół, a w szczególności na samą siebie. Wyszłam z wody, suknia oblepiła mi się wokół ciała, mokre włosy zwisały smutno. Złocisty piasek szeleścił pod moimi stopami. Odwróciłam się w stronę słońca, które zdążyło już wzejść, i spojrzałam na morze. Poczułam się, jakbym patrzyła w swoje własne oczy, pozoru spokojne, ale zawsze gotowe rozpętać burzę. Nie chciałam w nie patrzeć, tyle było tam smutku i bezsilnego gniewu. Przymknęłam tylko oczy i pozwoliłam się osuszyć ciepłym promieniom słońca. Gdzie w ogóle są moi prawdziwi rodzice? Bo nie miałam wątpliwości co do tego, że żyją. Żyją gdzieś w świecie, nie wiedzą nic o mnie, a ja nie wiem o nich. Może też zaczyna im mnie brakować? Nie miałam po nich nic, oprócz kilku mglistych wspomnień, które z czasem coraz bardziej się zacierały. Wiedziałam też od dawna, że miałam kogoś jeszcze, osobę bardzo mi bliską… o której także nic nie wiedziałam. Często jednak czułam jej obecność, w chwilach samotności słyszałam szept: Nie martw się, Arieno. Zawsze jestem z tobą. Kiedyś się spotkamy… Przypomniałam sobie sen. Zamglona postać szła w moim kierunku i wyciągała do mnie rękę. Kiedyś się spotkamy, mówiła. Zawsze jednak budziłam się, zanim zdążyłam choć dotknąć jej dłoni. Zrywałam się z łóżka, zrozpaczona, ze łzami w oczach. Tak bardzo pragnęłam wiedzieć, kim ona jest. Czułam, że jej potrzebuję, potrzebujemy się nawzajem.
Miarowy, jednostajny szum morza, krzyki mew, ciepło słońca… to wszystko usypiało moją świadomość, zamyśliłam się.
***
Musiało być już południe, bo słońce grzało mocno, byłam już prawie całkiem sucha. Nagle ocknęłam się, poczułam coś mokrego na policzku. Łza?… Płaczesz?, wyśmiewały się mewy, Ty płaczesz? Elfka Ariena, odrzucona przez świat?…
-Nie jestem elfką! Nienawidzę elfów. Pozwolili mi się pokochać, pozwolili przywiązać się do siebie… A potem odeszli! – krzyczałam przez łzy – Zostawili mnie samą, nienawidzę ich! – głos mi się załamał. Wybuchnęłam głośnym przerywanym szlochem, dopiero po dłuższej chwili zauważyłam, że leżę w mokrym piasku. Chciałam, żeby morze zabrało mnie na zawsze, chciałam zamknąć się w wielkiej muszli i opaść powoli na dno, nigdy już nie zobaczyć świata. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Ale to nie było możliwe… Zamknęłam oczy.
***
Gdy się obudziłam, słońce zachodziło już, czułam, jak grzało mi w plecy. Morze szumiało cichutko, widziałam drobne fale dopływające niemal do mojej twarzy. Przypomniałam sobie dzisiejszy poranek, fala bólu odbiła się od falochronu i pochłonęła mnie z nową siłą. Nie mogłam się przeciwstawić, czułam się taka mała i bezbronna. Przymknęłam oczy, próbowałam wyobrazić sobie, że jestem kimś innym… kimś szczęśliwym.
Moje rozmyślania przerwał cichutki szelest piasku, ktoś szedł lekko plażą, zbliżał się w moją stronę. Nie odwróciłam się, nie poruszyłam się nawet, wpatrywałam się dalej w jakiś odległy punkt na horyzoncie. Drobna, delikatna ręka spoczęła na moim ramieniu.
-Arieno… – skąd ja znałam ten szept? Podniosłam się gwałtownie, usiadłam na piasku i…
Ponownie przetarłam oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyłam. Przez chwilę wydawało mi się, że patrzę na własne odbicie w lustrze. Ale nie, to była prawdziwa osoba. Oczy jak morze, identyczne jak moje. Rysy twarzy też takie same. Burza ciemnych potarganych loków, trochę krótszych od moich. Uśmiechnęła się łagodnie. Spojrzałyśmy sobie w oczy i w jednej chwili uścisnęłyśmy się mocno.
-Diana – nie zastanawiałam się, skąd znam jej imię. Ale znałam je. Wiedziałam już, że to była ona.
-Mówiłam ci przecież, że się spotkamy, Arieno. Zawsze jestem z tobą…

Wiem, opowiadanie trochę dziwne i chaotyczne… Ale innych pisać nie umiem, musiecie się tym zadowolić:) Czytajcie, no i oczywiście krytykujcie. I zdrówka mi życzcie bo chora jestem…

Znaczy się, ten czas już był i mam nadzieję, że się skończył… Chodzi o zmiany… na moim blogu :D . Ostatnio chyba z dziesięć razy zmieniałam szablon, aż w końcu wróciłam do pierwszego, sądzę, że jest najładniejszy. Ostatnio mam trochę czasu na odpoczynek, a to z tego powodu, że od wczoraj nasza szkoła ma rekolekcje… ale nas, trzecie klasy, męczą dodatkowo testami… cóż, już się z tym pogodziłam. Przynajmniej nie trzeba lekcji odrabiać. A za tydzień święta. Całe szczęście. W następnej notce możecie spodziewać się kolejnego krótkiego opowiadania, ale nie obiecujcie sobie za dużo, nie jest wcale takie dobre.

With a sigh
You turn away
With a deepening heart
No words to say

You will find
That the world has changed forever.

The trees are now turning from green to gold
And the sun is now fading
I wish I could hold you closer
Arwen’s Song
, performed by Liv Tyler

Było ciepłe wiosenne popołudnie. Las kołysał się i szumiał cicho pod delikatnymi powiewami wiatru. W gałęziach drzew wesoło świergotały ptaki… Na oświetlonej promieniami słońca niewielkiej polanie stała wysoka dziewczyna w długiej fioletowej sukni, migoczącej w jasnym słonecznym świetle. Czarne jak noc falujące włosy opadały miękko niemal do kolan, a również czarne, duże oczy zdawały się zamyślone i nieobecne. Piękne karminowe usta lekko się uśmiechały, gdy patrzyła na otaczający ją spokojny las i słyszała w oddali szum strumieni, połączony z melodyjnym śpiewem ptaków. Rozmarzyła się. Przez wiele lat codziennie przychodziła do tego zakątka i niezależnie od tego jak zmieniał się świat, to miejsce pozostawało wciąż takie samo, pełne ciszy i wspomnień… Cudownie było tu spacerować rozmyślając lub po prostu wsłuchując się w tę ciszę…Nagle usłyszała coś jakby szelest liści i lekki trzask łamanych gałęzi. Tinuviel! zawołał jakiś głos, jak ongiś Beren wołał piękną Luthien. Odwróciła się. To był on. Śmiertelnik. Znów tu przyszedł. Przychodził tu już od dłuższego czasu i goniąc za nią, gdy uciekała, prosił by zaczekała na niego, by powiedziała choć słowo… ale ona zawsze mu się wymykała, gubiąc go w lesie, który znała o wiele lepiej. Lecz nie dawał za wygraną. Tinuviel! – powtórzył – Nie odchodź! Spojrzała mu w oczy, jakby pytała Czego ode mnie chcesz? , lecz nie powiedziała ani słowa. Odwróciła się i zaczęła biec, szybko i zwinnie jak sarna. Długo jeszcze słyszała jego głos, oddalający się coraz bardziej, aż w końcu ucichł zupełnie i znów nastała cisza…
***
Słońce powoli zachodziło, a jego promienie odbijały się i migotały w spokojnym morzu. Ostatni statek odpływał właśnie z Szarej Przystani. Na pokładzie stało kilka osób, wśród nich była ona. Jej czarne włosy i błękitną jak niebo suknię rozwiewała morska bryza. Była zamyślona i rozmarzona, rozmyślała o świecie z którym musiała się rozstać i o tym, do którego dążyła, o którym marzyła przez całe życie… Patrzyła smutno na oddalający się brzeg i stojące na nim trzy małe postacie. Nagle ujrzała kogoś innego, wysoką postać wyłaniającą się spoza drzew. Serce mocno jej zabiło. To był on! Jakim sposobem dotarł za nią aż tutaj? Widziała jego oczy, szare i smutne, patrzące na nią wymownie. Nie mogła oprzeć się temu spojrzeniu. Przez chwilę wahała się jeszcze, ale nie trwało to długo. Rzuciła się do wody i zaczęła płynąć w kierunku wybrzeża. Lauriel! – zawołał ktoś ze statku, lecz ona nie zważała na nic. Dalej uparcie płynęła do brzegu. Lecz po chwili fale zaczęły znosić ją na otwarte morze. On przez chwilę przyglądał się jej poczynaniom z bijącym sercem, ale gdy zobaczył, że sobie nie radzi, skoczył do wody by ją ratować. Ona nie może utonąć! – myślał, z rozpaczliwą szybkością rozgarniając wodę. Jeszcze tylko parę metrów.. już… już jest przy niej… Objął ją w pasie i zaczął płynąć w kierunku brzegu. Po kilku minutach siedzieli oboje na piasku, patrząc sobie w oczy. ALauriel uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Hannon Ie ( Dziękuję ) – powiedziała ledwo dosłyszalnym szeptem. Nagle uświadomiła sobie, że go kocha. Wiedziała, że już nigdy nie zobaczy Nieśmiertelnych Krain… lecz to był jej wybór. Była szczęśliwa… i będzie z nim zawsze szczęśliwa, dopóki śmierć jej go nie zabierze… Wówczas ona, pogrążona w smutku, również umrze i już na zawsze będą razem…

To jedno z moich pierwszych opowiadań (i najkrótsze). Liczę na wasze opinie, komentujcie, żebym wiedziała że odwiedzacie tego bloga…


  • RSS